W ostatnich tygodniach jak bumerang powrócił temat potencjalnych ugód banków z Frankowiczami. Pod koniec 2020 roku Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego przedstawił propozycję rozwiązania problemu kredytów mieszkaniowych powiązanych z walutą frank szwajcarski i zaproponował bankom, aby przedstawiły klientom atrakcyjne dla nich warunki ugód. Ugody według założeń miałyby być realną alternatywą do ścieżki sądowej. W styczniu 2021 roku również Narodowy Bank Polski zadeklarował pomoc w rozwiązaniu problemu kredytów frankowych.

Szansa na zawarcie ugód spotkała się z entuzjazmem części kredytobiorców, którzy liczyli na realne rozmowy negocjacyjne i na uczciwe warunki tych ugód, a przede wszystkim na uniknięcie postępowania sądowego z bankiem, które dla wielu wydaje się czymś odległym i nierealnym. Kredytobiorcy – wbrew narracji banków – decydują się na ścieżkę sądową w ostateczności, bo po prostu nie mają innego wyjścia. Przez lata czekali na uregulowania systemowe oraz na propozycje banków. Stąd z takim poruszeniem przyjęli zapowiedzi, że tym razem ugody będą prawdziwe i osiągalne dla każdego z nich.

Od tego czasu minęło kilka tygodni i początkowy entuzjazm został zastąpiony przez rozczarowanie. Prace nad ugodami jak na razie nie osiągnęły żadnych rezultatów i nie zapowiada się, aby tak było. W międzyczasie gruchnęła wiadomość o kompleksowej uchwale Sądu Najwyższego w sprawach kredytów pseudofrankowych, której wydanie zostało wyznaczone na 25 marca 2021 roku i która – wbrew opinii wielu mediów –  jak na razie nie zachęciła sektora bankowego do zaproponowania klientom uczciwych ugód, które chociażby w części były zbliżone do tego, co kredytobiorca może wygrać w sądzie. W opinii publicznej pojawiły się informacje, że banki będą spieszyły się z propozycjami ugodowymi, aby zaproponować je Klientom jeszcze przed 25 marca, ale w praktyce nic takiego, przynajmniej na szeroką skalę, się nie wydarzyło. Przeciwnie – w ostatnich dniach światło dzienne ujrzały informacje o wycofaniu się części banków z rozmów ugodowych, m.in. Raiffeisen International Bank AG, do którego należy około 10 % „rynku” kredytów „frankowych”.

Wiadomym jest, że ugoda stanowi kompromis, a jak wiadomo kompromis – według starego angielskiego przysłowia – „to sztuka dzielenia ciasta tak, aby każdy myślał, że dostał największy kawałek”. Tylko czy banki rzeczywiście chcą oddać część przysłowiowego „ciastka”? Czy chcą iść na prawdziwy kompromis z „Frankowiczami”, którym kilkanaście lat temu zaoferowały toksyczne produkty kredytowe? Czy może po raz kolejny wabią ludzi potencjalnymi ugodami, aby odciągnąć ich od decyzji o pozwaniu banku na drodze sądowej?

Przeanalizujmy sprawę na konkretnym przypadku. Przykładowo mamy kredyt udzielony w czerwcu 2008 roku na kwotę 300.000,00 PLN, oprocentowany stawką LIBOR 3 M i marżą banku na poziomie 1,3 %, udzielony na 360 miesięcy i spłacany
w ratach równych – przy założeniu, że proces będzie trwał 4 lata, tj. do lutego 2025 roku.

RODZAJ ROZSTRZYGNIĘCIA NIEWAŻNOŚĆ UMOWY KREDYTU ODFRANKOWIENIE UMOWY KREDYTU
Kwota zasądzona przez sąd od banku (za 4 lata) 351.000 PLN 154.000 PLN
Kwota, o którą zmniejszą sią łącznie raty na przyszłość 286.000 PLN 137.000 PLN
Odsetki ustawowe za czas opóźnienia 69.000 PLN 30.000 PLN
Koszty zastępstwa procesowego
(za I i II instancję)
18.900 PLN 18.900 PLN
SUMA KORZYŚCI
Z WYGRANEJ
724.900 PLN 339.900 PLN
Po rozliczeniu z bankiem (zwrocie kapitału w wys. 300.000,00 PLN) 424.900 PLN
N/D (kredyt trwa nadal, lecz raty są niższe)

Analizując powyższe orientacyjne dane liczbowe wniosek nasuwa się jeden – niezależnie od rozstrzygnięcia sądu (pozytywnego dla Frankowicza) jego korzyść z procesu oscyluje pomiędzy 340.000,00 PLN a 430.000,00 PLN. Jak zatem miałaby wyglądać ugoda, będąca kompromisem obu stron? W mojej ocenie, mając na względzie orzecznictwo sądowe, uczciwa ugoda dla Frankowicza, który jeszcze nie pozwał banku, powinna wahać się między 60 a 70 % tego, co może wygrać w sądzie. Inaczej należy podejść do kredytobiorców, których sprawy są już przedmiotem postępowań sądowych. W takim przypadku – według mnie – ugoda powinna oscylować co najmniej na poziomie 80 % korzyści wynikających z wygranej Frankowicza.

Patrząc na liczby takie rozwiązania wydają się korzystne dla kredytobiorców, ale czy banki wyjdą z takimi propozycjami? W mojej ocenie na pewno nie. Musimy pamiętać, że z sektorem bankowym jest trochę tak jak z sektorem ubezpieczeniowym. Ilu z Państwa miało sytuację, w której ubezpieczyciel w pierwszej kolejności odmawiał wypłaty ubezpieczenia i dopiero po wielu miesiącach przepychanek decydował się wypłacić co najwyżej jego niewielką cześć, co do reszty wskazując na konieczność wystąpienia na drogę sądową? Jest to standardowa polityka towarzystw ubezpieczeniowych, którą zdaje się realizować sektor bankowy w sprawach Frankowiczów. Dlatego też do wszelkiego rodzaju zapowiedzi ugód podchodzę z ogromnym dystansem, mając na względzie zasadę – dopóki nie zobaczę, to nie uwierzę.

Należy też pamiętać, że decydując się na masowe zawieranie ugód banki musiałby zaproponować je swoim WSZYSTKIM KLIENTOM, więc z ich perspektywy lepiej jest przeciągać zawisłe już procesy sądowe, a niezdecydowanych kredytobiorców zniechęcać przed ich wszczęciem. Finansowo wyjdą na tym zdecydowanie lepiej, bo oczywistym jest, że do sądów nie pójdą wszyscy poszkodowani przez banki, a szkoda, bo masowe procesy sądowe byłyby zapewne dobrą motywacją dla banków i dla ich propozycji ugodowych. Może wtedy sektor bankowy podszedłby poważnie do rozmów z kredytobiorcami i naprawdę oddał im większy kawałek „ciastka”.